Moja przygoda z „Gazetą Kleczewską” rozpoczęła się w połowie 2019 roku. To wówczas burmistrz Mariusz Musiałowski dokonał zmian w strukturze redakcji gazety, a częściowo nowy zespół redakcyjny mnie powołał na redaktora naczelnego. Rozpoczęliśmy prace nad zmianami w wyglądzie gazety, układzie tematycznym i poszukiwaniem nowych, nośnych tematów, kiedy pojawiła się epidemia Covid-19, która miała istotny wpływ na ten środek lokalnego społecznego przekazu.
Staraliśmy się, jako redakcja, przekazywać miejscowej społeczności wszystkie ważne i istotne dla niej wiadomości; mieliśmy też świadomość, że tematyka artykułów i ich wybór podlega stałej, krytycznej ocenie Czytelników. Ściśle współpracowaliśmy z wszystkimi najważniejszymi jednostkami samorządu terytorialnego, szkołami, organizacjami pozarządowymi i społecznymi. Informowaliśmy o planach rozwoju gminy, powstałych inwestycjach, ważnych wydarzeniach kulturalnych i sportowych.
W trakcie pracy nie udało się nam uniknąć błędów (bo przecież nie popełnia ich ten, kto nic nie robi…), jak chociażby przedruk tego samego artykułu w dwóch kolejnych numerach czy pomylenie dwóch różnych osób tego samego nazwiska. Staraliśmy się w przyszłości ich unikać i … udało się nam!
Jak wspominam pracę redaktora naczelnego „Gazety Kleczewskiej”? Bardzo ciepło, bo nieustanny kontakt z ludźmi, często spontaniczne rozmowy o ich codziennych troskach i problemach były inspiracją do „zajęcia się tym tematem”.
A co najbardziej nietypowego utkwiło mi w pamięci z tego kresu? Rozmowa z jedną z mieszkanek Kleczewa, która prosiła o napisanie artykułu o nisko latających samolotach z pobliskiego lotniska w Kazimierzu Biskupim, które jej przeszkadzały w niedzielnym wypoczynku. Z czystej dziennikarskiej ciekawości pojechałem na lotnisko, spotkałem się z prezesem Aeroklubu Konińskiego, który pokazał mi wszystkie zezwolenia na loty i opinie o hałasie silników lotniczych. I, niestety, musiałem uznać żale kleczewianki za bezzasadne…






