Wspomnienia mają to do siebie, że „cukrują” dawne czasy lub wyolbrzymiają ich znaczenie. I dobrze.
Nie inaczej ja wspominam… Wspominam wyłącznie pozytywnie. Szczęśliwie, nie musiałabym ugłaskać przeszłości, bo też nie przechowuję w pamięci żadnych animozji i nawet nie potrafiłabym powiedzieć, czy takie w ogóle były podczas pracy w redakcji „Gazety Kleczewskiej”. Ze współpracownikami dotąd czuję miłą więź i sympatię.
Redagowanie gazety przez 22 lata było dla mnie osobiście bardzo dobrym i pożytecznym czasem. Nauczyło mnie dyscypliny (każdego miesiąca gazeta miała się ukazać przed piętnastym) i dało poczucie silnej przynależności do gminnej kleczewskiej społeczności, z której się bezpośrednio nie wywodzę. Inni piszący (pozdrawiam panów Jarosława i Macieja Grzeszczaków, pana Eugeniusza Kaczmarka, pana Zbigniewa Dobrzyckiego, panią Marlenę Słupicką) mieli jeszcze dłuższe historie związków z „Gazetą Kleczewską” i podlegali także sztywnej regule wydawniczej.
Poza dylematami, jak uatrakcyjnić nasze pismo, jak je udoskonalić, jak profesjonalny nadać mu charakter – a były to nie lada wyzwania dla wszystkich członków redakcji – istotę zawsze stanowiły relacje między nami-pismakami a mieszkańcami-czytelnikami. Dlatego tak entuzjastycznie przyjmowaliśmy zaproszenia na lokalne imprezy, świętowania, festyny, jubileusze… Natychmiast też dodam, że wszędzie przyjmowano nas (z naszą dziennikarską dociekliwością) życzliwie i gościnnie.
Gazeta, będąc tak naprawdę pewnego rodzaju kroniką i informatorem, skupiała uwagę na osiągnięciach włodarzy oraz mieszkańców. To nie ten format pisma, które miałoby zamieszczać kontrowersyjne opinie. Bo też umiejętność oddzielenia własnych sądów od opisywanej realnej sytuacji traktowano w redakcji priorytetowo. Gdy nazbyt podekscytowany piszący (były takie nieliczne epizody) chciał uderzyć za pośrednictwem naszego medium w kogoś lub coś, dość szybko następowało zerwanie więzów z gazetą. Nie umawialiśmy się bowiem w kolegium redakcyjnym, żeby, mając za oręż pióro, prowadzić prywatne wojny i wojenki.
Zostałam zapytana o to, czy pamiętam jakieś szczególne sytuacje, w których było miejsce dla redaktora „Gazety Kleczewskiej”. Oj, było takich bez liku. Mogę do nich wracać, ponieważ przechowuję wszystkie numery pisma od września 1997 do kwietnia 2019 roku, czyli z czasów pełnienia funkcji redaktora naczelnego. Niemniej absolutnie wyjątkowym dla mnie był udział – obok władz kościelnych i profesorostwa – w rekognicji szczątków świętego i ich dokumentacji, znajdujących się w relikwiarzu w kościele pw. św. Andrzeja w Kleczewie. Pamiętam, towarzyszyło temu spisanie świadków owych rekognicji, odbywających się mniej więcej co sto lat, i niezwykle przejęłam się faktem, że jako pierwsza kobieta zapisałam swoje nazwisko na wiekopomnym dokumencie. A przecież mogło to być wyłącznie dzięki temu, że byłam z „Gazety Kleczewskiej” i zechciał mi dać szansę ks. proboszcz Krzysztof Opioła.
Kiedyś mogłam często „bywać” wśród mieszkańców naszej gminy. Dziś już nie jest to możliwe, więc pozwolę sobie wykorzystać sytuację i pozdrowić dawno niewidzianych, a także bohaterów z moich tekstów dziennikarskich. Przyszedł czas, by inni przyglądali się ziemi kleczewskiej i ludziom stąd. Dla nich mam specjalne życzenia, by praca redakcyjna przynosiła pożytek obu zainteresowanym stronom – dziennikarzom oraz czytelnikom.






